Długo bałam się użyć tego słowa, obawiałam się, że spłoszę, zapeszę, albo zwyczajnie się pomylę. Teraz jednak patrzę wokół i czuję, że to już ten czas. Już można powiedzieć to głośno. Kochani, przyszła wiosna! Tak długo wyczekiwana, upragniona!
Temperatura wreszcie przestała spadać poniżej zera, coraz częściej widać słońce, a ci, którzy – jak ja – mają szczęście mieszkać w otoczeniu pełnym zieleni, mogą obserwować, jak przyroda budzi się do życia. Pojawiają się pierwsze kwiaty, gałęzie drzew z dumą noszą pąki jako obietnicę liści, zaś porankom rytm zaczyna nadawać ptasie radio. W tym – cytując klasyka – pięknych okolicznościach przyrody człowiekowi serce rośnie, bije mocniej, wyrywa się z piersi. Nogi same rwą się na spacer i nic to, że trzeba założyć kalosze, bo błocko wlewa się wszystkimi otworami. Nic, że zimowa kurtka wciąż musi być na podorędziu. Wiosna przyszła i już z nami zostaje. Niestety, człowiek w swej nieskończonej mądrości postanowił nic sobie z przyrody nie robić, bo oto wymyśliliśmy sobie coś, co naturze zaprzecza: cywilizację.
Nie zrozumcie mnie źle, to nie ekomanifest, traktujący o rujnowaniu środowiska. Tym tematem niech zajmą się przyrodnicy i Greenpeace. Ja tylko chcę wskazać, jak sami swojej naturze zaprzeczać próbujemy.
Żyjąc blisko natury mam możliwość podglądać, jak funkcjonuje świat roślin i zwierząt. Drzewa i krzewy utwardzają na zimę pnie i łodygi, by chronić soki przed niszczącym mrozem. Zwierzęta magazynują zapasy tłuszczu, hodują gęste futra i zapadają w sen lub ograniczają aktywność do niezbędnego minimum, by oszczędzać energię. Innymi słowy: tyją, żrą i śpią. Im krótszy dzień, tym dłużej śpią. Nie tylko ssaki; moje kury, które latem biegają swobodnie długo po Dobranocce, zimą chowają się w kurniku jeszcze przed Teleexpressem. Ich cykl życia wyznacza słońce – funkcjonują, dopóki jest jasno. Kiedy robi się ciemno, to dla kury znak nieomylny, że pora spać.
Im dłużej obserwuję moje kurki, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że człowiek to potwornie durne zwierzę. Zamiast jak reszta fauny ograniczyć ruchy do minimum, uparcie udajemy, że pora roku nie ma znaczenia. Tak samo funkcjonujemy zimą i latem, zmieniając tylko odzienie wierzchnie. Ustaliliśmy sobie zegar, wspólny dla wszystkich, który umownie, na trzy-cztery, dwa razy w roku przestawiamy. Dodajmy, że przestawiamy tylko o godzinę. A ten zegar nijak ma się do naszego naturalnego cyklu, który nie powinien różnić się od cyklu jakiegokolwiek zwierzęcia. W efekcie przez kilka miesięcy w roku nie widzimy słońca kompletnie, bo cały dobowy cykl słoneczny spędzamy w pracy – zwykle w biurach, przy sztucznym oświetleniu. Wychodzimy z domu po ciemku, wracamy po ciemku i tak żyjemy w tym ciemku od mniej więcej października do marca. I dziwimy się, że przychodzi nam stworzyć nową jednostkę chorobową, jaką jest jesienna czy zimowa depresja. Chodzimy zmęczeni, przygnębieni i niechętni całemu światu. I robimy głupoty, których będąc w pełni władz umysłowych w życiu byśmy nie zrobili – ja właśnie uziemiłam się na cały weekend, bo w piątek kompletnie bezmyślnie wylałam sobie na głowę pół butelki oliwki dla dzieci. Oliwka okazała się na tyle tłusta, że musiałam spędzić dwa dni na myciu włosów, by w poniedziałek móc w ogóle pokazać się ludziom. Prawdę mówiąc, nawet w chwili, kiedy piszę te słowa, moje włosy pozostawiają bardzo wiele do życzenia i zaczynam w desperacji rozważać umycie głowy detergentem do mycia naczyń. Czy zrobiłabym tak, gdyby nie brakowało mi słońca? Gdybym była w pełni sił? Wątpię – takie idiotyzmy może wymyślić tylko człowiek na ostrym głodzie witaminy D, której głównym źródłem jest światło dzienne.
A gdyby tak spróbować inaczej? Zmienić ten cholerny tryb życia? Ustalić, że zimą pracujemy adekwatnie do długości dnia, a więc nie osiem, tylko cztery godziny? Stawiam dolary przeciw orzechom, że jakość naszego życia zmieni się tak diametralnie, że przez te cztery godziny będziemy znacznie bardziej produktywni, niż siedząc za biurkiem osiem godzin, z czego połowa to puste przebiegi.
Tak, wiem, nierealne. Bo finanse, bo gospodarka, bo rozwój, bo cywilizacja. Cóż, w nosie mam taką cywilizację. Wiem, że zawdzięczamy jej samochody, ciepłe domy i spłuczki w toalecie, ale po tak długiej i paskudnej zimie zamienię czystą toaletę na godzinę na słońcu bez mrugnięcia okiem.
Napisz komentarz
Komentarze